SŁUCHOWISKA - OPRACOWANIA KRYTYCZNE:

AKTORZY, 1968
ALBERT, 1973
ARCHIWUM, 1972
ARIA  NA  TYSIĄC  GŁOSÓW, 1991
BASZTA, 1996
CZAS  RYBY, 1997
DIETA, 1968
DOBRA  NOWINA, 1997
DRUGIE  SŁOŃCE, 1998
DYSTANS, 1971
EMANUEL, 1995
FILIP, WIELKI  PAN  NAD  SOBĄ, 1962
GŁOS  HORACEGO, 1998
GRIMM 62, 1962
IKARIA, 1990
JUBILATE, 1992
JULIA, 1976
KAMIEŃ, 1968
KLATKI, 1966
LATARNIA  RUDEGO  KOTA, 1960
LEKTYKA, 1976
MAŁA  SUITA  POLSKA, 1971
MAŁA  SUITA  POLSKA II , 1971
NAMIOT, 1997
ODLOT, 1970
PEJZAŻ  BEZDOMNYCH, 1991
PEJZAŻ  BEZDOMNYCH II, 1991
PORTE-PAROLE, 1996
PORTRET  STARSZEGO  PANA  Z  KSIĄŻKĄ, 1973
POSIEDZENIE, 1977
POSTAĆ  Z  DRUGIEGO  PLANU, 1994
REZYDENCJA, 1993
SCHODY, 1963
SIŁA  PRZYCIĄGANIA, 1975
SOLDY, 1998
SZNUR, 1970
TRWOGA  WŚRÓD  KAMIENI, 1967
UPROWADZENIE, 1970
ZAPROSZENIE, 1996
ZŁOTA  NIEDZIELA, 1990

...................................................................................................................................................................................
Sława Bardijewska
DYSTANS    
Szkice o dramaturgii radiowej Henryka Bardijewskiego
...................................................................................................................................................................................
Słuchowiska z lat 1960 - 1976

W dramaturgii radiowej Henryka Bardijewskiego współistnieją dwa nurty: realistyczno- psychologiczny i metaforyczno- poetycki. Pierwszy z nich skupia utwory kreujące wizję świata mniej skondensowaną, których konflikty mają bardziej bezpośrednie odniesienie do rzeczywistości, a problematyka moralna, społeczna i polityczna rozpisana jest w planie psychologii („Archiwum”, „Mała suita polska”, „Portret starszego pana z książką”, „Dystans”). Drugi nurt skupia utwory metaforyczno poetyckie, groteskowe, komediowe i baśniowe; wizja świata w tych słuchowiskach ma wymiar surrealistyczny, zdarzenia uwolnione są od potocznego prawdopodobieństwa, a postacie od rygorów psychologii („Siła przyciągania” „Albert”, „Trwoga wśród kamieni”, „Filip, wielki pan nad sobą”). W świecie wszystkich tych utworów jest patos historii i nieporządek teraźniejszości, potoczny wymiar faktów i ich niezwykłość, jest powaga, liryzm i humor.
„Archiwum” to dzieje przeciętnej biografii, wtopionej w historię. Bohater, stary człowiek, dopiero u progu śmierci zaczyna rozumieć wagę swojego życia, własną rolę i zasługi. Kiedy archiwistka odrzuca ofiarowywaną spuściznę, bo  „dokumenty tak nowe przyjmujemy tylko w wyjątkowych wypadkach”, mówi jej z gniewem: „Każdy człowiek jest kimś wyjątkowym”. Droga bohatera ze statystyki do archiwum nie jest prosta. Dotąd zawsze był obiektem historii. Zawsze szedł w tłumie. Dopiero teraz może powiedzieć z przekonaniem: „Bo pan pewnie myśli, że ja jestem zwykły człowiek. Że w ogóle zwykli ludzie istnieją. A tymczasem wszystko, co się w naszym kraju  działo, zależało ode mnie. I ja jestem za to odpowiedzialny. W pewnej mierze... Nie sam, rzecz jasna - z paroma milionami innych”. Poznał radość, wie „co to gniew” i „nadzieja wściekłych”. Zapisał wszystko w swoich dziennikach, uważa się za kronikarza epoki, za osobę ważną „jak mąż stanu”, bo brał udział we wszystkim co ważne. W słuchowisku tym głos ma jednostka uwikłana w społeczeństwo i w historię, żyjąca wśród konieczności, pozbawiona szansy wyboru; zaabsorbowana codziennymi kłopotami nawet nie zauważyła swojego uczestnictwa w dziejach. Jej biografia przez przypadek stała się bohaterska, dramatyzm epoki sprawił, że jej przeciętność zyskała heroiczny wymiar, a zwykła uczciwość - patetyczną postać.
„Portret starszego pana z książkąto znów życiorys, w którym przemieszała się przeciętność z heroizmem. Jego bohater, stary bibliotekarz, szanuje swoją przeszłość, jako uczciwą i pracowitą, ale nie widzi w niej szczególnych zasług. I jego życiorys dramatyzowała  niełatwa historia, wypełniając go zdarzeniami przerastającymi jednostkową wyobraźnię, które narzucały ryzyko i odpowiedzialność, nie gwarantując satysfakcji ani korzyści. On także uważa, że po prostu przeżył życie. Spiesząc na swój jubileusz przywołuje przeszłość - czas, gdy jego biblioteka uznana została za „prochownię wypełnioną aż po sufit wszelkim groźnym słowem”, i czas „gdy książki zginęły na wojnie i tylko karty po nich zostały jak nagrobki”. Zanim wejdzie na salę tłumaczy szatniarce: „Ale coś niecoś, proszę pani, zrobiłem. Uczciwie zapracowałem na emeryturę. Niejednego człowieka wsparłem w potrzebie książkami”.
W innych słuchowiskach znika perspektywa wsteczna łagodząca i idealizująca obraz, pojawia się współczesność w swoim normalnym wymiarze, widziana ostro i krytycznie. Miejsce legendy zajmuje życie, miejsce zamkniętych biografii i postaci bez skazy  - tworzący się życiorys człowieka okresu stabilizacji; rozprasza się patos historii, ustępując antynomicznej rzeczywistości pozbawionej nobilitacji i wyraźnych właściwości.
Bohaterowie „Sznura  nie mają jeszcze czterdziestu lat, ale „nogi już w bamboszach”, a marzenia uwięzły w czterech ścianach. Wyrzucają sobie nawzajem małe ideały, ale w zasadzie nie czują się winni: „Prędko szedłem. Podganiali. Taki był czas. Dzieciństwo z programem obciętym, lata chłopięce - kurs przyspieszony, reszta młodości - zaocznie”. Tak więc raz jeszcze lekcja historii i jej dyktando i czas bez wojny, ale też dramatyczny. I równie dramatyczna próba dzielności i mądrości kolejnego pokolenia. Niektórzy wyszli z niej cynikami i konformistami :”On się ze wszystkim pogodzi, do wszystkiego przylgnie, przystosuje się, wszędzie się przyjmie. Jak mech.”. Inni stracili rozpęd i ambicję: „Zaczynałem. Setki i tysiące takich jak ja. Okazuje się - startowaliśmy ze złego lotniska, w złym kierunku, przy złej pogodzie... Nie wzbił się nikt. Pokolenie, którym zapłacono za błędy starszych”. Tej przegranej, rozgoryczonej młodości przeciwstawiona jest mądra dojrzałość wieku starczego - przypadkowy gość, który jest świadkiem tej wielkiej licytacji życiowych rozczarowań  mówi: „Młodzi mają swoje własne prawdy, i nie wiadomo jeszcze, co z tych prawd wyrośnie - czy nie kłamstwo”.
Temat pokoleniowych poszukiwań powraca także w słuchowisku „Mała suita polska. Jest tu skrajna bezradność wobec teraźniejszości, zniechęcenie, znudzenie jałowością własnego życia, brakiem perspektywy odmiany. Nawet sprzeciw jest karłowaty i śmieszny. Bohater żali się: „Spać i jeść! Jeść i spać! Czy nie czujesz, że rośniemy w dół?”, ale żona odpowiada: „Zjadłeś? Pokrzyczałeś? To chodźmy do łóżka. Nie można się buntować kosztem snu”. Kiedy żaden bunt nie jest już możliwy, trzeba szukać usprawiedliwień : „Cóż my... Nam przypadło w udziale malowanie posągu, który inni stworzyli. Takie pokolenie... Możeśmy niezdolni? A może bez wiary?”. Zmęczeni własną małością zaczynają tęsknić do wielkości, próbują szukać dla siebie rodowodu, zwracają się ku historii, przypisują do legendy. Nabyta przez nich ziemia leży w historycznej okolicy, sprzedający ją gospodarz opowiada: „Dobrze pan trafił, u nas dużo się działo... Tu jest, panie, taka okolica, że zawsze strzelają. Każda wojna ma tu swój pępek. Moje zabudowania, pole i droga. Kluczowa pozycja”. Bohaterowie dobrowolnie dopisują się do dramatycznej i tragicznej przeszłości tego kawałka ziemi, do jego smutnej legendy, która ma ich uwolnić od kompleksu przynależności do pokolenia  „bez historii - bo bez wojny”.
Bohaterowie tych utworów to istoty nieautentyczne, bezradne, obca jest im samoakceptacja i uczucie satysfakcji. Zagubieni w masie, anonimowi, podejrzani i śledzeni nie mają możliwości ucieczki. Szukają dystansu do siebie, do innych, do świata; szukają innych punktów widzenia w nadziei, że nowa perspektywa ujawni ukrytą logikę i sens ich własnej egzystencji; oddają się chaotycznym działaniom, które nie mogą ich zbliżyć do celu, bo cel nie został wyznaczony.  Dwaj bohaterowie ze słuchowiska „Schody wspinają się na zabytkową wieżę licząc, że u jej szczytu znajdą wzajemne porozumienie. Wieża obiecuje dystans do codziennych spraw. Idą na ślepo, wierząc, że cel sam się sprecyzuje. Ale codzienność nie odstępuje, coraz trudniej znaleźć wspólny język („Człowiek domawia rzeczy do końca, a słyszane są tylko w połowie”). Obaj mężczyźni zaskoczeni są porażką, czas minął trzeba wracać. Przewodnik opowiada im o ludziach - którzy nie wiadomo dlaczego - nigdy nie dochodzą do szczytu: „Może nie idą, jak trzeba”. A jeden z nich zapytany czego szuka w życiu odpowiada: „Tego z góry nie wiem. To ujawnia się dopiero w chwili, kiedy coś znajduję”. Przed takimi poszukiwaczami szczyty nie otwierają swoich tajemnic.
Również w „Dystansie bohaterowie próbują oderwać się od rzeczywistości: „Muszę się oderwać. Zastanowić się”. Nieprawdziwy świat lunaparku ma im przynieść ulgę, pomóc zrozumieć siebie i bliskich. W tym jarmarcznym otoczeniu, gdzie wszystko jest  sztuczne, gdzie są same namiastki - radości, pędu, szczęścia - chcą zakosztować intensywności życia: „W dwie godziny zaznasz wszystkiego, na dodatek jeszcze się napijesz i najesz”. Ale seans psychodramy nie udaje się: Beczka Śmiechu przestraszyła ich, Gabinet Grozy -  rozśmieszył, a widok z karuzeli okazał się monotonny. Jedyne autentyczne przeżycie to lęk, gdy zepsuty mechanizm uwięzi ich w powietrzu, kołujących nad tłumem, bezbronnych  całkowicie zdanych na kaprys maszyny. Od życia nie ma ucieczki w sztuczny raj.
W „Juliiznów powraca temat ucieczki od rzeczywistości w sztuczną arkadyjską krainę. Jest to dobrowolna samotność w dżungli. Tytułowa bohaterka pragnie odpocząć od wszystkiego - od najlepszego ze światów, w którym nigdy nie ustają wojny, w którym panuje gonitwa za pieniądzem, kwitnie karłowatość, a człowiek stał się agresywny i zaborczy. I ona zaczyna rozumieć, że nie ma ucieczki. Zniszczona przemocą przestała istnieć ludzka samotność. Marzenie o sztucznym raju powstałe w chorej wyobraźni bohaterki ulega realnej rzeczywistości  -  znika obraz kilku ludzi żyjących  szczęśliwie w dzikiej dżungli, z dala od cywilizacyjnego świata.
Omówione słuchowisk należą do psychologicznego nurtu dramaturgii radiowej Bardijewskiego. Ich problematyka: jednostka - społeczeństwo - historia i jednostka - jednostka - współczesność  rozstrzygana jest w zgodzie z szeroko pojętą konwencją realistyczną. Ukazana tu rzeczywistość jest poliwalentna, skupia w sobie czasy, wymiary i jakości antynomiczne: jest jednocześnie teraźniejsza, przeszła i przyszła, jednocześnie materialna i duchowa, doznaniowa i wyobrażeniowa, konkretna i intuicyjna, dosłowna i metaforyczna. W „Portrecie starszego pana z książką” i „Archiwum” rzeczywistość jest rekonstruowana, przypominana, marzona; widziana z perspektywy starości, nabiera wagi. W  tej perspektywie fakty odkrywają metafizyczny wymiar, jednoznaczne sytuacje wskazują poza siebie. W „Dystansie”, „Schodach”, „Małej suicie polskiej” i „Julii” rzeczywistość jest widziana z perspektywy bliższej - z perspektywy młodości, aktywności. I tu bohaterowie doznają nie tylko radości, smutku, ale i metafizycznych przeczuć. Materialność więzi ich konkretnością czasu i przestrzeni, ale ich duchowość wyrywa się ku transcendencji. Ich poczucie niepełni wynika z faktu, że więcej przeczuwają niż rozumieją, że tęsknią za większymi przestrzeniami i większymi wymiarami niż te, które są im dostępne. Ich bunt przeciw więzom wynika z głębokiego przekonania że człowiek to „nie drzewo, raczej wiatr” i  bardziej potrzebuje przestrzeni niż ziemi, bardziej wolności niż stałego miejsca zakorzenienia.
W utworach tych zdarzenia zewnętrzne stają się drugorzędne, są tylko tłem dla właściwego konfliktu usytuowanego w przestrzeni międzyludzkiej. Miejsca, przedmioty, sytuacje, sceneria  ulegają swoistej metaforyzacji, sytuują się na progu dosłowności i wieloznaczności, konkretu i abstrakcji, szczegółowości i syntezy, naturalności i kondensacji. Wieże, schody, lunaparki, karuzele i dżungle stają się ramą dla wracających wątków: gry, udawania, wmówienia i iluzji, lęku, buntu i ucieczki, nierzeczywistości wyrastającej nad rzeczywistością, tragiczności zakwestionowanej i pozbawionej patosu.
Zbliżone wątki wracają w następnych utworach, odróżniających się poetyką od omówionych wyżej, ale zachowujących tożsamość problematyki.
Do drugiego nurtu dramaturgii radiowej Bardijewskiego należą utwory konsekwentnie kreacyjne. Mając za punkt wyjścia sytuacje możliwe i prawdopodobne prowadzą je ku niezwykłości; nad światem rzeczywistym budują światy nierzeczywiste, zacierają granice między realnością i wyobraźnią, tworzą więzi między sferą faktów i sferą doznań. Kreowaną przez nie rzeczywistość odnajdujemy zarówno w komedii parabolicznej, jak i w grotesce filozoficznej, w komedii poetyckiej i fantastycznej. Jest w tych utworach humor - często gorzki i absurdalny, cudowność - bezradna wobec ludzkiego bólu i smutku, i magiczność - nie zawsze człowiekowi przyjazna.
Ta rzeczywistość otrzymuje wymiar tragikomiczny, fantastyczno-baśniowy i poetycki. W jej obrazie zdeformowanym, ale nie dowolnym są własne prawa i porządek, które mają swoje źródło w realnej rzeczywistości. Nieprawdopodobieństwo zdarzeń wyrasta z potocznego prawdopodobieństwa, absurdalność - z rzeczywistego absurdu. Humor często bywa groźny, a pod śmiesznością kryje się prawdziwa tragiczność.
„Siła przyciągania i „Aktorzy” to utwory silnie zmetaforyzowane, budujące swoje przenośnie, poetyckie sensy w luźnym związku z rzeczywistością. Dochodzi w nich do głosu akcyjna dynamika, barwność, zmienność układów, bujność intrygi. Jak zawsze u Bardijewskiego, i tu bohaterem jest człowiek otoczony obcą przestrzenią, szukający autentyczności, wolności i własnej prawdy. Tematem obu utworów jest sprzeciw i bunt wobec przypadkowych dyktatur, narzuconych autorytetów i absurdalnych propozycji. 
W słuchowisku „Siła przyciągania” ludzie, którzy przypadkowo znaleźli się w pustej, niczyjej przestrzeni (wnętrze zniszczonego wojną dworca kolejowego), mają szansę objąć ją w posiadanie umacniając tym samym własne miejsce i zdobywając sobie do niego moralne prawo. Ale nie potrafią tego uczynić. Czują, że „trzeba w coś się zaangażować...trzeba w coś wierzyć, coś robić”, jednak nie umieją zagrać podmiotowej roli. Słuchają cudzych haseł, dołączają do  cudzego szeregu, niosą cudze chorągwie. Gubią się w chaosie idei i narzuconych dyktatorskich decyzji. Defiluje przed nimi parada  programów, manifestów, koncepcji. Zaczynają uświadamiać sobie, że „tak dużo ludzi na świecie”, a równie dużo idei i kłamstwa. Cała ta  maskarada okazuje się prowokacją intelektualną, aktorskim wmówieniem, przygotowanym przez aktorów wędrownego teatrzyku.  Zawstydzeni własną uległością bohaterowie przyznają się: „Wszyscyśmy dali się nabrać”. Ta pozorna rzeczywistość wywołuje autentyczny bunt, obudzi prawdziwą aktywność i rzeczywistą siłę. Magia sztuki przenika życie, wspiera wątłe człowieczeństwo, potęguje je.

W „Aktorach” również sztuka miesza się z życiem, rzeczywistość zmyślona nakłada się na realną, a gra przeplata się z autentyzmem. Spektakl dawany w prowincjonalnym teatrzyku jest historyczną dramą o buncie królewskich poddanych niezadowolonych z monarchii, próbujących urzeczywistnić swoje republikańskie marzenia. W czasie, gdy uśmiercony król, ze sztyletem w plecach, odświeża się w bufecie szklanką wody, na widowni zaczynają wzrastać antymonarchistyczne nastroje, publiczność żąda prawa wejścia na scenę, by grać „wygrać się i odegrać, wysilić i wydziałać”. Aktorzy apelują do zdrowego rozsądku, świta królewska zostaje odarta z szat, a dyrektor żąda „w imieniu silnej dyrekcji”, by „zapędzić publiczność na salę, rozsadzić i grać dalej”. W sytuacji totalnego zagrożenia zaczyna się pertraktacja - spektakl ustępstw, zdrady, prowokacji i kokieterii zakończony wiernopoddańczym finałem. Niedawni rebelianci zostają zamienieni w „potulnych widzów”, którym wmówiono, że „monarchia z bliska nie jest taka zła”.
Szukanie podmiotu historii powraca jako temat w fantazjach monarchicznych: „Latarnia rudego kota”, „Grimm 62 „ i „Filip, wielki pan nad sobą”. W utworach tych fatalizm wyznacza logikę dziejów, samorzutna energia rządzi obrotem historii - diachronią i synchronią zdarzeń, powołuje konieczności, dopuszcza wszechwładny przypadek. Kiedy obalonemu monarsze z „Latarni rudego kota zaufani przynoszą wieść o przewrocie, ten przyjmuje ją z okrzykiem: „głowa do góry, republikanie! Tak, czy owak, jestem zbawcą. Jadę ogłosić się prezydentem!”. Kapryśna historia żąda uległości, do każdej zmiany pozwala się dopisać, ale nie ma litości dla hardych. Tę obowiązującą zasadę przystosowania odrzuca Filip, wielki pan nad sobą. Troskliwie kształcony na władcę potem przez przypadek pozbawiony sukcesji, a następnie znów przywrócony nie chce przyjąć wiadomości o nieustannej przemianie prawd: ”Filip - Miałem być idealistą.”, Mistrz - To było wczoraj. Od tego czasu wiedza poszła naprzód. Nauka o zaufaniu też uległa zmianie. Nauka o ambicjach też się zmieniła”. Zbuntowany władca, któremu brak pokory wobec wielkiej historii zostanie przez nią unicestwiony, ale przetrwa jego świta „Jesteśmy jak dym kadzidlany: przydajemy się w świątyni każdego boga”.
Również satrapa z „Grimma 62 skutecznie pertraktuje z historią i nie boi się jej gniewu. Wracającemu z wojny staremu żołnierzowi, który chce być jego sumieniem, na pytanie: „Co masz do powiedzenia o ludziach, którzy przez całe życie wiernie ci służyli?”, odpowiada: „Byli materiałem, z którego budowałem potęgę państwową i ulepiłem kilkadziesiąt lat historii”. Przegrany, oszukany żołnierz wyrzuca sobie: „Wszyscy razem stworzyliśmy szatana... Nie wiedziałem, że byłem ziarenkiem piasku, który przesypywał sobie z ręki do ręki”, a młodym radzi: „Tak trzeba rozkładać swoje siły, aby starczyło na zemstę i przywrócenie sprawiedliwości - jeśli okaże się, że wasz Bóg był fałszywy i modlitwy pokolenia poszły w powietrze”. Odrzuca magiczną siłę błękitnego płomyka świeczki, odwraca się od  przewrotnego  świata, by pójść własną drogą: „Idę ku starości. Tę drogę każdy zna i nikt nie błądzi”. Jedyną pewną wartością jest mijający czas, i własny koniec.
W słuchowiskach parabolicznych: „Kamień, „Posiedzenie”, „Klatki”, „Lektyka”, „Dieta”  uprzedmiotowiony i zdominowany przez historię bohater bez sprzeciwu poddaje się teraźniejszości, akceptując jej nieporządek i dorzucając własny. Pozornie panuje tu logika („Kamień”), „fakty są faktami”, nie brakuje osiągnięć, buduje się domy, wznosi pomniki, ale brakuje ładu. Dwaj panowie mający położyć kamień węgielny pod kolejną budowę nie mogą znaleźć wyznaczonego miejsca: „Szukamy, błądzimy”. Kiedy wreszcie dotrą do celu, nie kryją zaskoczenia: „To tu. Nie może być... Przecież to już podciągnięte do pierwszego piętra! Nie będziemy kłaść kamienia tak wysoko”. Dokopią się do fundamentów, uroczyście wyrwą kamień bezprawnie położony. Dom runie, ale pozory prestiżu i ważności nie  ucierpią.
Równie pozorna, nieautentyczna ważność przypadła w udziale bohaterom słuchowiska „Posiedzenie. Stoją na korytarzu przed drzwiami sali, gdzie odbywa się ważna narada, próbują dyskretnie podsłuchiwać tych, co „idą w pierwszym szeregu idących”. Chcieliby mieć wpływ na wynik tego spotkania, ale ich rola kończy się na czekaniu. Tymczasem w sali obrad następuje „ukrzesłowienie” uczestników. Nowa sytuacja nieoczekiwanie zmienia kierunek obrad, gdyż wiele spraw nabrało innej wymowy. Nikt nie panuje nad teraźniejszością, wszyscy są bezradni. Kiedy się uwolnią od tej dziwnej przypadłości i „staną mocno na nogach”, niemi uczestnicy opuszczą salę, mijając milczącą grupę czekających.
„Klatki i „Lektyka to dwie rozpaczliwe próby podejścia otaczającej rzeczywistości i opanowania jej agresywnej absurdalności przez wejście we własny absurd, świadomą nieautentyczność. W pierwszym utworze bohater formułuje własny model wolności, otacza się klatkami, więzi zwierzęta, by potem obdarowywać je wolnością i cieszyć radością oswobodzonych. Ten dziwny eksperyment budzi podejrzliwość i wrogość otoczenia. Kiedy bohater w końcu ulegnie, zamykając wszystkie klatki, przeciwnicy powiedzą: „Zmienił się tak radykalnie, że aż podejrzanie”. Pokonany pyta bezradnie: „W takim razie, co robić? Nie mogą być otwarte i nie mogą być zamknięte. Zatem jakie?”.
Podobnym fiaskiem kończy się próba bohatera w słuchowisku „Lektyka”. I on zapragnął przeciwstawić się obowiązującej rzeczywistości, wyodrębnić z grupy „przejść do historii w pojedynkę, a nie z milionami”. Ale zakup lektyki zaczyna spiętrzać kłopoty. Wyjątkowość pomysłu nie podoba się lektykarzom, bo pozwala dominować niesionemu nad niosącymi, ich początkowa zgoda przemienia się we wrogość, a początkowa ciekawość w aktywny sprzeciw: „Sami nie wiedzieliśmy, że to człowieka tak rozsierdza”. Kiedy w gniewie wyprowadzają bohatera do lasu, aby tam zamkniętego pozostawić, próbuje on pertraktować, ale nie ma dialogu między upokarzającym a upokarzanymi. Jeden z nich mówi: „On znowu nam rozkazuje”, „Nie wziął pod uwagę postępu, który polega na tym, że ważniejszy staje się tragarz niż jego ciężar”.
W opresyjnej rzeczywistości kreowanej przez Bardijewskiego człowiek, któremu się uda zostać „panem nad sobą”, może już mówić o zwycięstwie; marzenie o zdominowaniu otaczającego żywiołu życia jest pychą i mrzonką. Bohaterowie słuchowiska „Dieta wyzbyli się pychy, wybrali dobrowolną izolację w klinice łagodzącej cierpienia pochodzące z nadmiaru informacji, przeżyć, napięć, aktywności. Skrupulatnie wymierzana dzienna porcja intensywności życiowej -informacji, emocji, radości, strachu - ma ich przywrócić codzienności. Ufni w skuteczność kuracji, do reszty urzeczowieni zaczynają odkrywać pozorność szpitalnego bezpieczeństwa i brak możliwości powrotu z tego dobrowolnego więzienia. Oddalenie od świata nie godzi ich z życiem, a pasywność okazuje się bardziej męcząca i groźniejsza od aktywności. 
W następnych utworach:( „Trwoga wśród kamieni”, „Uprowadzenie”, „Albert”, „Odlot) postać ludzka staje się już tylko anonimową i urzeczowioną marionetką. Tutaj dochodzi do głosu żywioł wyzwolonej rzeczywistości, zostają zakwestionowane siły grawitacji, pomieszane strony świata. Następuje spiętrzenie zdarzeń, ujawniają się ciągle nowe formy, materia ożywiona i nieożywiona zrównana wobec siebie ulega samoczynnej przemianie. Panuje w tym świecie jakaś nieuchwytna logika niezrozumiała dla człowieka spętanego zdrowym rozsądkiem  i wiedzą bezradną wobec bogactw i cudowności świata. Może on tylko puścić się w pogoń za żywiołem i śledzić jego moc.
W słuchowisku „Trwoga wśród kamieni” odnajdujemy odwrócony mit Pigmaliona. Jego bohaterem jest mistrz, co skamieniał - „przeszedł na stronę kamienia”, aby uciec od rzeczywistości, gdzie sztuka budzi podejrzenie, niebezpiecznie być artystą, i dzieją się niewyjaśnione rzeczy -  „ktoś targnął się na monument”, „Posągowi kanoniera zginęła armata”- a obwiniani są niewinni. Śledzony i indagowany mistrz wymyka się wcielając w posąg. Dopiero teraz może liczyć na bezpieczeństwo i ochronę.
„Uprowadzenie” to poetycka fantazja na temat świata pobawionego miłości. Porwanie bogini miłości wprowadza całkowity zamęt -  zanika czułość i serdeczność, ludzie zaczynają żyć pojedynczo, wyludnia się przestrzeń. Futurolodzy przepowiadają „zieloną śmierć” w wyniku totalnej  inwazji roślinności, która „nie zjadana, nie ścinana” wedrze się do miast. Nieudolne śledztwo potęguje zamieszanie. Kiedy konwencjonalne sposoby nie dają rezultatu, dyskretnie zaczyna się stosować metody nienaukowe, oparte na wierze i intuicji. W końcu syta zemsty bogini przywraca ludzkim marionetkom ich małe namiętności, pasje i uczucia.
W „Odlocie” wybucha bunt zegarów  - zaczynają szybować na znacznej wysokości zegarki ręczne, budziki zegary ścienne i wieżowe. Staczają walki, nie pozwalają sprowadzić się na ziemię, nie boją się śledztwa ani policyjnej akcji. Ich ekscesy są bezkarne w świecie, gdzie przeważają przedmioty („ Przedmioty, przedmioty, a wśród nich gdzieniegdzie człowiek”). Mentalność człowieka spaczona jest logiką - „Wszyscy usiłują myśleć logicznie, a potem dziwią się, że nic nie rozumieją”. Kiedy wreszcie skłócone zegary powrócą, okaże się, że nad miastem zaczynają latać inne przedmioty.
„Albert” to fantazja futurystyczna,  wizja człowieka mechanicznego „który przypomina istotę naturalną. Jego nieoczekiwana wizyta, tajemniczy cel przyjazdu, szczegółowa indagacja, drobna awaria jego organizmu, która powoduje chwilowy bezruch - niepokoją krewnych i łamią ich słabą wiarę we własne autentyczne człowieczeństwo. Pozwalają sobie wmówić techniczny rodowód. Wuj Albert zaczyna im się wydawać „kimś bardzo bliskim”. Uświadamiają sobie, że właściwie nic o sobie nie wiedzą. Próbują sami zadawać sobie podstawowe pytania: „Dlaczego nie mamy przyjaciół? Dlaczego nic nas nie cieszy? Dlaczego myśli nasze są takie jałowe? Uczucia bezbarwne? Działania bezduszne?”. Ich końcowe wyznanie: „My chyba należymy do tej samej rodziny” jest ostateczną rezygnacją z resztek człowieczeństwa.
W dramacie radiowym Bardijewskiego jednostka postawiona wobec współczesności i historii jest zaniepokojona swoją przedmiotową rolą. Zagubiona i zdezorientowana  szuka dystansu do świata i azylu. Utwory te zaludnione są bohaterami, którym nie tylko wymknął się z rąk świat, ale i oni sami wymknęli się sobie spod własnej władzy i kontroli. Są artystami, których sztuka budzi podejrzenie, władcami, co nie umieją rządzić, żołnierzami, którzy nie umieją wojować. Przydzielono im role, w których się męczą i nie mogą się od nich uwolnić. Żyją w klatkach cywilizacyjnych pozornym życiem i pozornymi pasjami.
Ten obraz współczesnego świata i człowieka widziany jest przez autora w wielorakiej perspektywie: z dystansu i z bliska, ogólnie i szczegółowo, syntetycznie i analitycznie Odnajdujemy go w konwencji realistycznej i groteskowej, baśniowej i fantastycznej. W utworach psychologicznych, komediowych, filozoficznych i metaforyczno-poetyckich - w  humorze, który kryje powagę, w ironii dalekiej od szyderstwa i liryzmie bez egzaltacji. Jest to świat, w którym przenikają się śmiech, tragiczność i łagodność. Świat o wielu wymiarach i barwach, wielowarstwowy i wieloznaczny. 
.....................................................................................................................................................................................


Słuchowiska z lat  1990 - 2000

W poszukiwaniu idei

„Aria na tysiąc głosów (1990) to fantazja polityczna wpisana w dramatyczną groteskę. Przedstawia ona obraz budzenia się świadomości społecznej, wyrażający się szczególną formą sprzeciwu obywateli wobec władzy - odmową mówienia. Zbiorowy śpiew staje się przejawem wolności - wszyscy żądają dostępu do jedynej w mieście sceny teatralnej, gdzie chcą wyśpiewać wszystko, czego nie można powiedzieć, by następnie ten śpiew przenieść do urzędów, gabinetów, na ulicę. 
Władza zajęta sobą, roszadą stanowisk i własnymi awansami, syta i zadowolona z opóźnieniem dostrzega „dziki śpiew”. By opanować rozśpiewane miasto, wybiera taktykę cierpliwości i pozornej uległości - przeczekuje, pozwala mieszkańcom wyśpiewać się, a nawet dołącza do ogólnej euforii, podśpiewując i nucąc. Jej wiara, że miasto samo się uciszy i wróci do mowy, wzmacniana jest  refleksją o przekłamaniach historiI i i uspokajającą myślą, że „historia nie jest wieczna, starzeje się i umiera, zwyczajnie, ze starości”. Obawa jednak nie ustępuje, gdyż dziki śpiew może przeobrazić się w niekontrolowane milczenie, które jest groźniejsze od mowy.

Akcja słuchowiska „Ikaria (1990) dzieje się w XIX -wiecznym falansterze w momencie jego rozpadu. Mistrz wspólnoty, Ojciec Omen, kieruje do swoich sióstr i braci słowa mające wzmocnić ich wiarę: „Tylko mnie dano światło (...), to ja znalazłem formułę i klucz, którym otworzę sanktuarium natury. Stamtąd wywiodę Harmonię powszechną (...) pogodzę ludzi ze światem, a świat z ludźmi, tak by stanowili jedność, która jest całością”.
Członkowie komuny przybyli tu z nadzieją, że odnajdą spokój, mądrość i równość, dla których nie ma miejsc w świecie zżeranym ambicjami, walką, nienawiścią. Uwierzyli, że od nich zacznie się nowa era prawdy i sprawiedliwości. Tymczasem ich mały azyl stał się odbiciem całego zła świata: „Coraz gorzej jemy, gorzej się ubieramy, gorzej myślimy”. Przygasł ogień, osłabła idea i rozpłynęły się cele. Rozczarowani po kryjomu opuszczają komunę: „Nie tak to miało wyglądać”.
Apostoł nowego ładu, opiekun duchowy ubolewa, że tyle lat pracy poszło na marne, że bracia uciekają, bo nie dorośli do doskonałości: „cóż robić, doskonałość rodzi się w bólach i modli się o nadzieję. Boże ludzi wielkich(...) daj nam wiarę w sens tego, co robimy”. Nadzieja pojawia się wraz z przybyciem nowej wyznawczyni, szczęśliwej, że odnalazła niebo; obojętnej na ostrzeżenia: „Chodź córko, zobaczysz, co z nas pozostało”. Mistrz „odszedł w porę”, by uratować „ideę”. Jego duch i posłanie zostały i nadal obiecują harmonię świata, ciągle znajdując nowych wyznawców, bo tęsknota za utopią i doskonałością nigdy w człowieku nie umiera, a „świat obietnic jest niezmierzony”.

Słuchowisko „Emanuel (1995) jest utworem realistycznym w szczegółach  i metaforycznym w całości. Ukazuje świat pomniejszony do rozmiarów jednego baru, a w nim ludzi, którzy zwątpili w siebie („Czy ja wiem kim jestem. I co to w ogóle znaczy „ja”) i sens swojego życia. Jest wśród nich brat zakonny tracący wiarę („Osłabło we mnie powołanie”), policjant bez powołania i dziennikarz czekający bezskutecznie na przyjście człowieka, w którym nie rozpoznał wcześniej zwiastuna Dobrej Nowiny. Wszyscy oni czekają na Znak i nową nadzieję, wszyscy nie dają sobie rady z własnym życiem i czują się obco w świecie, dla którego „cyfry są ważniejsze od liter, a 30 srebrników stało się najważniejszą sumą, jaką odliczył człowiek”; w świecie, który byłby nie do zniesienia, gdyby nie marzenia przesłaniające rzeczywistość. Brat mówi: „Patrzą w siebie. Bardzo dzisiaj tego potrzebują”, a o sobie: „Uprawiałem włóczęgę intelektualną przez obszary kultury i religii ... już nigdzie nie idę. Zatrzymałem się. Po co mi droga. Świat idzie, a ja stoję i patrzę. I to wszystko”. „Nie mam nic do powiedzenia, co innego z pytaniami.”
Gdy pojawia się znak, na jaki czekają, nie potrafią go przyjąć („Znów padło słowo... nie wszyscy pojęli jego wagę”). Nadejście nieznajomego: „Jestem waszym gościem”, jego słowa brzmiące zwyczajnie, a znaczące nadzieję, i jego niezwykłe odejście - to dla redaktora sukces dziennikarski, dla policjanta sukces służbowy, a dla brata - koniec nadziei: „Zamiast nowej Ewangelii będzie nowa sensacja. Nie zasłużyliśmy na nowe objawienie”.
„Drugie słońce(1998)  to fantazja polityczna rozgrywająca się w domowym zaciszu - młode małżeństwo, przyjaciel domu i przyjazny wróż i zakonnik prowadzą szczególną grę, która daje im złudzenie uczestnictwa w ulepszaniu. Ich marzenie o nowym szczęśliwym kraju i nowym szczęśliwym narodzie wyrasta z ich pesymizmu politycznego, społecznego, historycznego. Są „mistrzami zwątpienia”, a ich racjonalizm „ewoluował w kierunku irracjonalizmu”. Sceptycznie oceniają perspektywy człowieka współczesnego i współczesnego świata. Nieufnie patrzą na Europę, w której „wszystko jest takie stare”, która „dzieli się i łączy, łączy i dzieli”. Nieufnie traktują umysł ludzki, bo myślenie jest zbyt słabe, by rozwiązać ogrom problemów nękających ludzkość. Ciemno widzą przyszłość demokracji, nazywając ją formacją przejściową. Nie wierzą w utopię, bo „nic się nie sprawdza”. Są pesymistami w ocenie człowieka, który ciągle jest taki sam. Z goryczą myślą o współczesności jako epoce pośpiechu i bylejakości zagłuszającej słowa, myśli, sumienia.
Nawet ojciec Pacyfik nie znajduje usprawiedliwienia dla dzisiejszego świata, dostrzegając jednak drogę ratunku w powrocie człowieka do własnego wnętrza:  „Czy pracujemy nad sobą?”, „Żyjemy jak duchowi nędzarze i tak odchodzimy”(...) „Rozpaczliwie brak nam blasku. Zimne i ciemne jest wnętrze duszy ludzkiej... żeby je rozjaśnić i ogrzać, trzeba drugiego słońca - słońca wewnętrznego, jasnej gwiazdy”. Prywatna utopia, którą bohaterowie wymyślają - państwo ponadpaństwowe, ponadnarodowe, ponadjęzykowe - jest być może ich indywidualną drogą prowadzącą ku odnalezieniu w sobie drugiego słońca.

W poszukiwaniu siebie

W słuchowisku „Baszta (1996) świat zanurzony jest w atmosferze niezwykłości, przekraczając coraz wyraźniej realność i wchodząc w obszar metafizyki. Jego bohaterami są dwaj biesiadnicy, którzy opuścili o świcie ucztę imieninową i wędrują ku baszcie położonej poza miejscowością. Jeden z nich, tubylec, prowadzi swojego gościa znikającą ścieżką przez pustkowie i ciągle w górę, budząc lęk towarzysza. Gdy wreszcie dotrą do celu prowadzony staje się więźniem przewodnika.
Zamknięty w baszcie przeżyje noc wtajemniczenia, podczas której cicerone podziemi wprowadzi go w wielowymiarową nierzeczywistość. Mijając przestrzeń Przypadku, Konieczności, Losu, Swobody, Nadziei, poznaje ich sens. Wchodząc coraz  głębiej w siebie - w świadomość i podświadomość - odkrywa własną pustkę, winę i uwięzienie w świecie pozbawionym wartości, którego jedyną niepodważalną prawdą jest przemoc: „Świat się powtarza. Trudno wymyślić nowy grzech, nowy błąd”. Poznanie odkrywa przed nim alternatywę i możliwość wyboru - wolność bez szczęścia lub szczęście za kratą; zrozumiał, że „wolność to jeszcze nie szczęście”.  Wybiera zamknięcie, bo chce „mieć swój świat dla siebie” i nie chce go dzielić z milionami innych ; bo podoba mu się wielość rzeczywistości i chciałby jeszcze raz ją przeżyć - wejść w głąb, wędrować ku nieskończoności, by stać się prawdziwie wolnym.

„Postać z drugiego planu (1994 ) to sprzeciw indywidualnego człowieka wobec świata wielkiej liczby i zachłannej cywilizacji, która go upokarza, degraduje, czyni zbędnym; wobec świata, w którym słowo człowiek już nie brzmi dumnie, a samo człowieczeństwo zanika pod naporem barbarzyństwa: „Wszyscy dziczejemy”. Bohater czuje się daleki od ziemi i od nieba, od siebie i innych: „Wszystkiego mam coraz mniej - serca, ducha woli. Ogarnia mnie niemoc”, „Jestem pusty, kurczę się...stwardniała moja skóra, skamieniało serce”.
Słabo zakorzeniony, nie znający siebie i swoich możliwości, opuszcza miejsce, gdzie nie żył, ale przebywał, wybiera oddalenie i milczenie: „Już nie mam nic do powiedzenia”. Chce odnaleźć własną duszę i „spotkać się z sobą”. „Syndrom jaskini” prowadzi go w góry - do groty, gdzie ma nadzieję odnowić w sobie nadwątlone człowieczeństwo. Tu spotka Starca, który uciekł od siebie, jakim był wśród ludzi i Młodego, który tu ukrył się ze wstydu za człowieka i historię pełną przemocy. Tu spotka się z samym sobą - w dialogu z własnym cieniem odnajdzie w sobie drugiego człowieka. Uwolni się od poczucia samotności i odkryje, że „człowieczeństwo nie jest za trudne dla człowieka”. Teraz znajdzie w sobie dość siły, by odrzucić syndrom jaskini, „wstąpić na twardy ląd człowieczeństwa”, wrócić do innych i naprawdę żyć.

W słuchowisku „Głos Horacego(1998) bohaterowie dokonują próby wychylenia się poza obszar otaczającej ich rzeczywistości, która męczy ich swoją jałowością i budzi pragnienie, by dotknąć wielkiej przeszłości i usłyszeć jej głos: „Cokolwiek powiesz, już ktoś powiedział, cokolwiek pomyślisz, już ktoś pomyślał”. Ich wędrówka w góry własnym szlakiem w poszukiwaniu dźwięków odległego czasu, otwiera przed nimi pamięć ziemi - ogromne archiwum kiedyś wypowiedzianych słów i ciągle żywych minionych głosów.
Trasa jest trudna i pełna zagadek, szlak prowadzi tylko w jedną stronę, towarzyszą im ciągle nowe głosy i tajemnicza postać centaura. Bezimienna jaskinia - źródło głosów - przyciąga ich swoją tajemnicą, ale kiedy wreszcie dochodzą, wita ich ciszą, kryjąc głęboko powierzony sobie ślad przeszłości. Gdy utrudzeni wędrowcy schodzą wreszcie w dół, sfera dźwięków podąża za nimi. W przeciwną stronę pną się gromady poszukiwaczy pragłosów, ludzi uzbrojonych w aparaty rejestracyjne, których przyciągnęła tu nie nadzieja dotknięcia tajemnicy, ale sensacja i perspektywa zysku.

W poszukiwaniu innych

Bohaterami słuchowiska „Dobra nowina (1997) są mieszkańcy małej miejscowości, którzy ulegają zbiorowej mistyfikacji. Nadchodzące co dzień listy z wiadomością o nagrodzie „za całokształt”, wręczane kolejnym osobom przez zaprzyjaźnionego listonosza podnoszą ogólne samopoczucie, budzą poczucie dumy, coraz bardziej cieszą i coraz mniej dziwią. W tym mieście laureatów tylko profesor nie ulega atmosferze święta i ogólnego samozadowolenia. On jeden nie jest dumny z siebie, nie znajduje zasług we własnej przeszłości, które by uzasadniały nagrodę  „za całokształt życia” lub „całokształt historii”. „Ja w zasadzie nie brałem udziału w historii. Mam wrażenie, że ona się toczy za mną”, „Moja droga prawdy to ścieżka, która wije się (...) a niekiedy znika”. Mimo nagrody czuje się przegrany: „Mówią, że żyłem w czasie niewiele wartym, a dla mnie to czas jedyny”. Przegrany jako profesor: „Powtarzamy się jako jednostki, grupy, narody, jako ludzkość. Zmierzamy do czegoś, co już było”, „Nawet święte księgi składają się z powtórzeń”. Przegrany jako uczestnik historii, której brak czystego tonu, czy to z winy polskiego instrumentarium - harfa Derwida, róg Wojskiego, złoty róg Jaśka, cymbały Jankiela, fortepian roztrzaskany na bruku - czy też z winy dyrygenta.
Jego wątpliwości podziela młoda uczennica, która po lekturze „Lilli Wenedy” odkrywa, że w historii nic się nie zmienia, że „czasy bajeczne trwają do dzisiaj”. Przeciwstawia się im młody listonosz, twórca mistyfikacji podnoszącej zbiorową dumę, wyrzucając profesorowi nadmiar skrupułów, a dziewczynie nadmiar delikatności: „Delikatni nie popychają świata do przodu”. Odrzuca pesymizm profesora: „W miarę upływu wieków człowiek staje się coraz bardziej niepojęty”, przeciwstawiając mu swoją wiarę w przyszłość oraz przekonanie o sile indywidualnego działania i potrzebie idei integrującej zbiorowość.

W „Pejzażu bezdomnych (1991)  świat rzeczywisty spotyka się i krzyżuje ze światem „możliwym”. Bohaterem słuchowiska jest młody poeta, który przybywa do miasta pogrążonego w ogólnej stagnacji, gdzie „jakiś niepokój wisi w powietrzu, a domom „niedobrze z oczu patrzy”. Przyjmuje tu pracę w archiwum bezdomnych, a jego obecność sprawia, że w gnuśnym miećcie zaczynają się dziać rzeczy dziwne, sprzeczne z ich naturą i z racjonalizmem mieszkańców.
Już pierwsza wizyta w terenie ujawnia szczególny dar - siłę animowania rzeczy dzięki własnej wrażliwości, wyobraźni i otwarciu na świat: „Zostawmy rozsądek politykom, urzędnikom, a sami lećmy do krainy fantazji. Tylko ona przynosi ulgę i może nas uratować przed obłędem”, „W poezji jest wszystko”, „Jeśli rzeczywistość dogoni moje słowa, staną się prawdą”. Asystentka słucha go z niedowierzaniem: „Wszystko, co pan mówi, brzmi nieprawdopodobnie”, z jeszcze większym niedowierzaniem patrzy na wędrówkę domów,  które opuściły swoje miejsca. Poeta dostrzegający w każdym kłosie i źdźble trawy „cud ziemi” gani jej nieufność: „Nie wierzysz w poruszanie się domów, to jak możesz uwierzyć w coś znaczniejszego, ważniejszego, naprawdę wielkiego... Jak mało w tobie miejsca na wiarę”.
Kiedy pojawi się pierwszy wierny, który odnalazł w sobie naturę poety, bohater powita go słowami: „Słońce dzisiaj, naczelniku, nie zajdzie. Trzeba w to wierzyć, trzeba w to wierzyć aż do wieczora .A potem zaczniemy wierzyć w księżyc”. Bo w świecie tak skomplikowanym, że rozum i nauka są wobec niego bezradne, wiara staje się jedynym drogowskazem i ostatnim ratunkiem dla współczesnego człowieka

W słuchowisku „Czas ryby(1997) rzeczywistość ma naturalny wymiar, ale bohater, utalentowany masażysta, obdarzony jest nadnaturalną siłą dłoni uzdrawiającą chorych. Jego wyjazd z Polski i pobyt we Francji ma początkowo cel finansowy, jednak szybko przeradza się w spotkanie dwóch odmiennych kultur i starcie dwóch różnych mentalności - zachodnio i wschodnioeuropejskiej. Ta sytuacja stawia go wobec najbardziej współczesnego problemu - wobec konieczności określenia własnej tożsamości psychologicznej i narodowej.
Codziennym masażom, które mają uzdrowić ciało i duszę chorego -”Wydobywam z ciała czas”, „Poprzez ciało trafiam do duszy”- towarzyszą dialogi, będące konfrontacją stereotypów myślenia człowieka Zachodu z racjami przybysza ze Wschodu: „Przyjechałem z Europy młodszej... Z młodszej, proszę pana, do starszej. Młodsza ma więcej siły i porusza się szybciej”. Młody stopniowo zyskuje przewagę moralną nad  swoim leciwym, bogatym pacjentem, powoli łamiąc pychę sybaryty, żyjącego dotąd w przekonaniu, że posiada wszystko i nikt mu nie jest potrzebny.
Odkrywa „pod palcami”, że ma on „ciało zaniepokojone” i „strach w mięśniach”, że dręczy go nuda z przesytu, który „wszedł w ciało głęboko”. Atakuje jego lekceważenie dla zapóźnionego cywilizacyjnie skraju Europy, odrzuca jego „rację stanu pieniądza” przeciwstawiając mu szacunek dla wartości ducha. Na słowa pacjenta: ”Dusza...U nas to słowo powoli wychodzi z użycia. Zastępujemy je słowem psychika...” odpowiada: „Nie wszystko, co istnieje ma swoje słowo. A niemało jest słów pustych”.
Podczas gdy pacjent  czuje się coraz zdrowszy, choć coraz mniej pewny swoich racji: „Coś niecoś wiem. Nie wiem tylko, co z tą wiedzą zrobić” - masażysta traci siły, źle się czuje wśród ludzi, „którzy mają w genach użycie” i inną skalę wartości „niżej umieszczoną niż nasza”. I chociaż na początku mówił z przekonaniem: „dom zawsze jest ze mną”, „moje niebo przyszło tu ze mną”, nostalgia każe mu wrócić do rodzinnego Milanówka, by odnowić utraconą energię życia.

Kres poszukiwań

Słuchowisko „Jubilate (1993) - to obraz świata jednocześnie realnego i absurdalnego, w którym dokonuje się cudowna przemiana wielkiego mitu biblijnego w atrakcyjną przygodę sytego i znudzonego człowieka współczesnego - „Kiedyś byli wierni, dziś jest klientela”. Sprawnie funkcjonujący przemysł turystyczny oferuje mu przeżycie praprzygody ludzkości -„pierworodną radość i pierworodne doświadczenie.” Otwiera przed nim raj sztuczny, ale niemal prawdziwy, odtworzony „zgodnie z duchem litery”, „bez odstępstwa od faktów” i z dbałością o komfort klienta - „spełnimy każde życzenie”.
Wejście w ten obszar i wcielenie się w postacie pierwszych rodziców jest kosztowne, bo „pierwszy grzech musi kosztować”, ale za to można tu „popełnić coś złego, a przyjemnego”, zdobyć się na „śmielsze życzenie”, zażądać innej Ewy lub drugiego Adama. Jednak szczęście w „Empireum” trwa krótko - klienci nawet nie zdążyli nagrzeszyć, gdy zaczyna działać „wyższa konieczność”, „kończy się wolność , a zaczyna się spełniać mit”.
Burza, gromy i gniewny głos z góry: „Precz! Precz stąd, nędznicy!” wyganiają intruzów z rajskiego ogrodu. Zawiedzeni zgłaszają reklamacje: „Ja nie zamawiałem wypędzenia z raju”, „To jest złamanie warunków umowy”. Zaskoczony finałem jest również organizator, któremu wydarzenia wymknęły się spod kontroli, ale tylko on odczytuje ich groźne znaczenie: „Kosmos boi się naszej brudnej, zatrutej planety. Już wkrótce możemy zostać strąceni”. Tę katastroficzną wizję łagodzi wiara w raj, który nosimy w sobie i w to, że „każdemu jest dana chwila raju na ziemi”.

Tematem słuchowiska „Zaproszenie (  1996) jest spotkanie nauki z potęgą pieniądza - konfrontacja zaproszonego, cenionego naukowca z zapraszającym, właścicielem pałacu, gdzie ma się odbyć prelekcja. Szczególność tego spotkania profesor odkrywa po przybyciu, gdy okazuje się, że będzie miał tylko jednego słuchacza - pana domu. Zaskoczony odmawia przemowy do jednego fotela i otrzymuje zapewnienie o obecności większego audytorium. Jego zaskoczenie wzrasta, gdy rozpoznaje wśród przybyłych osoby z personelu pałacowego, a przeradza się w zdumienie, gdy odkrywa, że wszystkie pałacowe „resorty” obsadzone są przez wysokich specjalistów z wszelkich dziedzin nauki
Dysputa o Gilgameszu, jaka miała miejsce po zakończeniu wykładu, daje mu pełną satysfakcję, a jednocześnie napełnia niepokojem. Zasmuca go ten azyl dla nauki w przedpokojach i kuchniach pałacu, jej próba przetrwania - „przeczekuje zły czas” dzięki hojności i kaprysowi dobrodzieja. Boli go sytuacja naukowców jako lokai, szoferów, kucharek i pokojowych rywalizujących między sobą, by otrzymać angaż na następną trzyletnią kadencję. Zasmuca go fakt, że „nic już nie wygląda jak powinno”, że „dzisiaj już można kupić wszystko”, że nauka jest już dawno kupiona i „robi co jej każą”. Niepokoją go warunki dyktowane przez gospodarza - sponsora, który pragnie wygłosić wykład na renomowanej uczelni.
Poznając z bliska królestwo pieniądza, swoją w nim rolę i własną przyszłość, odmawia pertraktacji z panem pałacu, który „dorobił się na handlu pieniędzmi”, „wszystkiego chce za dużo” i dla którego najsilniejszym argumentem jest pieniądz. Wyjazd profesora jest równie pospieszny, jak jego powrót. Finansowa nędza uczelni, „okazały wymiar finansowy” proponowanej transakcji i świadomość, że „pieniądz publiczny się kurczy, a prywatny się rozszerza” nie dopuszczają odmowy - „takie są realia”.

Urząd w małym miasteczku ze słuchowiska „Złota niedziela przechodzi kryzys, funkcjonuje cicho, bez rozgłosu, dzięki czemu trwa. Tymczasem jego naczelnik, który już zapomniał, jak wyglądają interesanci i ich sprawy, jest stopniowo wciągany w niejasną grę finansową przez dwóch przedsiębiorczych przybyszów. Początkowo ostrożny, szybko uwierzy w atrakcyjność oferty, odkrywając w niej szansę dla siebie, a może i dla miasta. Jego opory i wątpliwości rozpraszają argumenty nie tylko finansowe, ale również ideowe: „Kapitalizm to ostatnia nadzieja świata”, „Trzeba ludzi zachęcić, dać nadzieję”, „Wyjątkowy czas wymaga wyjątkowych decyzji”. Uwierzy, że szalonym czasom muszą towarzyszyć szalone myśli i że konieczny jest pośpiech w działaniu: „Zawsze trzeba być pierwszym”. Otworzy swój urząd mimo niedzieli i wbrew przepisom, bo również „w niedzielę świat idzie do przodu równie szybko”, bo nieważny jest dzień, skoro „otwieramy drzwi nowej epoki” i złotego wieku. Odrzuci formalne przeszkody krępujące inicjatywę: „Czy Bóg, kiedy stwarzał świat, pytał o pozwolenie? A Kolumb kiedy odkrywał Amerykę?”.
Decyzja wypuszczenia obligacji na złoto, którego nie ma i nie będzie, jest dla naczelnika naturalną konsekwencją nabytego przekonania, że nastał czas „wszechopłacalności” i że ludziom tylko się wydaje, że rządzą, „a to pieniądz rządzi...Po swojemu”. Jednak plany nie powiodą się. Długie niedzielne czekanie kończy się odkryciem, że inni też czekają: „Tyle instytucji, każda czeka na okazję”, „Znaleźliśmy się w gromadzie naiwnych, co niepotrzebnie otworzyli urząd”. Gorzkiej refleksji końcowej towarzyszy uczucie ulgi z powrotu do normalności: „Jaka cudowna cisza...Jaki spokój...”.

Słuchowisko „Porte-parole (1994) to groteskowy obraz rzeczywistości poddanej prawom cywilizacji pieniądza, wspartej na ubogiej kulturze popularnej, tworzonej przez scenarzystów, programistów i gagemanów. W tej rzeczywistości pojawia się polityczny menager, porte parole zagranicznego inwestora, dostrzegający w panującej dysharmonii polityczno-gospodarczej korzystną koniunkturę dla zamierzeń swojego zleceniodawcy. Fakt, że „człowiek współczesny, to człowiek rozproszony”, że „jest słowo, ale nie ma audytorium”, sprzyja jego projektom stworzenia wolnego rynku w polityce. Głównym celem tego planu jest zakup gotowej partii, która da władzę i zyski. Przekonanie, że „człowiek współczesny dziczeje”, a polityka to „trudna i niezbyt czysta sprawa” nie paraliżuje jego zamierzeń, bo właśnie barbarzyńcy tworzyli przełomy, a polityka jest jedynym obszarem nie wymagającym talentu czy szczególnego powołania.
Poszukiwana przez niego partia powinna być czysta, wolna od więzów ideowych, oparta na politykach potencjalnych, wirtualnych  pragmatycznych i elastycznych, którzy są jednocześnie prawomyślni i niezależni. Dla tej partii ma już gotowe „oprogramowanie” i zarysowane ambitne cele. Jednak nie on będzie je realizował. Na wolnym rynku polityki silniejszy i bardziej przydatny dla inwestora okaże się rodzimy porte parole, który będzie wcielał w życie ideę kraju ponadpaństwowego i narodu ponadnarodowego, wolnego od mitów zbyt trudnych dla nowoczesnego człowieka otwartego na nowe złudzenia.
W słuchowisku „Soldy (1998) świat jest unormowany i uporządkowany - narrator mówi o nim: „Te domy pachną świeżą farbą. Ludzie w nich też nowi, z nową nadzieją, żądni szczęścia i trawa młoda, jeszcze nie koszona”. Ten uporządkowany świat zbacza nagle ze swojego normalnego toru za sprawą dziwnego zjawisk, jakie mogło się zdarzyć tylko na przełomie wieków lub tysiącleci. Cień chmury, która stanęła nad osiedlem, przesłaniając słońce i powodując nagłą nieruchomość wszystkiego, wywołuje panikę wśród mieszkańców. Naraz wszystko straciło sens, „wzmogła się wiara, osłabło niedowierzanie”, ludzie ogarnięci lękiem zbliżającego się końca zaczynają postępować wbrew rozsądkowi i instynktowi samozachowawczemu. Działają w pośpiechu, jednocześnie i w identyczny sposób - pozbywają się wszystkiego, co posiadają. Odbywa się ogólna wyprzedaż, odstępowanie, darowywanie przedmiotów, mieszkań, towarów, nawet pieniędzy, które  tracą swoją wagę wobec faktu, że „zamiast świata będzie bezświat”.
W panice odbywa się ogólne pakowanie, opuszczanie domów i ucieczka: „Smutne są domy bez ludzi”. Na miejscu pozostaje tylko jedno małżeństwo - „ludzie środka”, jedyni niezależni w myśleniu i działaniu i wolni w swych decyzjach. Okaże się, że to oni właśnie mieli rację, a nie zbiorowość - zniknięcie zjawiska jest równie nagłe i nieoczekiwane, jak było jego pojawienie się. Zaczyna się powrót uciekinierów, którzy będą teraz od nowa nabywali to, co utracili.

Strach jest codziennością bohaterów słuchowiska „Namiot (1997). Ich zamożność - „za duży dom, za duży ogród” sprawiają, że jest „wiele miejsca dla lęku”. Wiadomość, że „dzisiaj każdy ma swój własny strach” nie przynosi pociechy, a codzienny rytuał sprawdzania, czy wszystko jest dobrze zamknięte i ciąga myśl o jeszcze lepszym zabezpieczeniu - wyższa siatka, mocniejsze kraty, płot z cegły - „Co mur to mur”- nie łagodzi poczucia niepewności.
W tej sytuacji pojawia się przed oknami namiot, a następnie drugi i trzeci z  ludźmi, którzy „patrzą spode łba”
i narzucając warunki proponują ochronę.
Gdy nie pomagają mediacje i wzrasta koncentracja sił przeciwnika, gospodarz decyduje się „przyjąć szerszy punkt widzenia”, zmylając intruzów i przejmując ich reguły gry. Już jako szef grupy, który wie, że „ na niebezpieczeństwie można nieźle zarobić” snuje plany założenia firmy lansującej nowy typ ogrodu - twierdzy i rezydencji ufortyfikowanej, „budowli ziemnej” chronionej systemem okopów, fos, wałów baszt. Jego marzenia przerywa dźwięk telefonu i głos
z Góry ofiarowujący opiekę. 

Społeczeństwo w słuchowisku „Rezydencja(1993) dzieli się na ochranianych i ochraniających, a podstawą jest stan konta bankowego. W tym społeczeństwie „nie wolno żałować pieniędzy na ochronę”,  tu „czas jest bardzo niebezpieczny. Już nawet policja nie chodzi bez ochrony. Mundurowych ochraniają cywile, a tych cywilów inni cywile”. Ochrona stała się „dobrą inwestycją” również dlatego, że jest znakiem bogactwa i miarą życiowego sukcesu.
Bohater słuchowiska to spadkobierca pięknej rezydencji i domniemany właściciel fortuny ukrytej w jej murach, który staje się członkiem elity, bo porusza się z obstawą i „stale czterech mocnych czeka przed drzwiami” jego domu zamienionego w „istną twierdzę”. On sam dziwi się własnemu sukcesowi: „Jakaś niewidzialna siła wypycha mnie w górę, na szczyty”. Lawina listów, ofert, zaproszeń ze strony władzy i luminarzy miasta utwierdza go w przekonaniu, że „pojedynczy człowiek nic a nic nie znaczy”.
Tymczasem sytuacja nagle się zmienia, wychodzi na jaw, że skarbu nie ma i nie będzie. Ta sama niewidzialna siła zaczyna go teraz strącać w dół - znika ochrona, „Wywiało chłopców”, „Nikogo”, „Jak bardzo ludzie stali się niewiarygodni”; wzrasta przerażenie własnym osamotnieniem: „Ja sam na ulicy? Co by ludzie powiedzieli?”. A ludzie mówią: „Za panem nikt nie postępuje”, „Bankrut”, „Wszystkie godności są już zajęte, a droga do nich prowadzi przez konto bankowe. Z pewnością są jeszcze wolne konta - niech pan o tym pomyśli”. Sprzedając swoją rezydencję zniszczoną poszukiwaniem ukrytej fortuny, mówi nabywcy: „Nie stać mnie na ten typ szczęścia, los zmusza mnie do szczęścia gdzie indziej” i proponuje własną osobę jako jego ochronę.
 
Twórczość słuchowiskowa Henryka Bardijewskiego wpisana w formę groteskową, poetycką, komediową sensacyjną, nasycona jest humorem i intelektualną drwiną, a jej świat - materialny i irracjonalny, dosłowny i poetycki - opiera się na sprzecznościach - w całości jest przyjazny bohaterom, ale w szczegółach opresyjny.

.................................................................................................................................................................................


PEJZAŻ  BEZDOMNYCH


Bohater tego słuchowiska ma dwie pasje - poezję i architekturę, i dokonuje rzeczy, które zadziwiają zarówno poetów, jak i architektów. Za jego sprawą domy i budowle tracą stabilność i zaczynają  żyć własnym życiem. Zmieniają miejsca, rozmiary i kształty. Domy wolno stojące zbiegają się w szereg, stodoły stadami ciągną do miasta, zamki same się odbudowują, a spod ziemi wyłania się metro. Tak objawia się tajemnicza energia bohatera - poety, który mimo to ma poczucie niespełnienia. Moja sztuka - mówi - jest w stanie poruszyć budownictwo, ale nie budowniczych. Mieszkania, ale nie mieszkańców. Mimo to, wierzy, że skoro poruszył domy, to kiedyś poruszy także ludzi. Głosi pochwałę wyobraźni  i fantazji, która przynosi ulgę i broni przed szarością codziennej egzystencji.
Poetycka, pełna humoru i ciepła groteska Henryka Bardijewskiego zachęca do spojrzenia na otaczający nas pejzaż jak na wielką dekorację, w której rozgrywamy nasze codzienne sprawy. Motyw domu, tak ważny we współczesnej literaturze i sztuce, jest dla autora „Dwóch sztuk domowych” („Obszar swobody” i „Milczeć pogodnie”) i serialu „Sceny domowe”  źródłem sarkastycznej i serdecznej refleksji o współczesnym człowieku, broniącym własnej prywatności i niezależności.

ek. Antena 3-9 06 1994.

......................................................................................................................................................................................



Leszek Prorok  
MAŁA SUITA POLSKA


  
SYTUACJE I  CHARAKTERY(...) Wydawać się może, iż poetyka kreowanej sytuacji wyjściowej, czasem kreowanej ex nihilo  a przynajmniej ex imaginatione, może okazać się nader oporna wobec problematyki patriotyzmu, zwykłego przecież żywić się konkretami historii. Może być inaczej, o czym zdolny jest przekonać odbiorcę Henryk Bardijewski swoją „Małą suitą polską”, tekstem, który  wyróżnia się wyraźnie na afiszu teatru wyobraźni w czasie objętym niniejszą penetracją.
Autor zapragnął unaocznić nam niemały pakiet spraw i problemów: odwieczną wśród Polaków fascynację historią, kłopoty ze współczesnością, pociąg do symboliki, wzbierające dążności do przyswojenia sobie konsumpcyjnego stylu życia Zachodu itd. Sytuacja, którą wykorzystał dla prezentacji tej gęstej problematyki, poucza w sposób owiany ledwo wyczuwalną ironią, iż nie trzeba pozbywać się reliktów symboli ani ich niszczyć. Należy je włączać w nasz dzień zwyczajny, oswajać, adaptować do tętna i tempa dzisiejszych czasów.
Tutaj symbolicznym reliktem polskiego wczoraj, przedwczoraj i plusquamperfectum, a zarazem rdzeniem sytuacji modelowej wyabstrahowanej z gąszczu fenomenów powszedniości jest bunkier na polu, pozostałość wojny. Rzecz w polskich realiach na pozór zwykła, jednakże nie w funkcji, jaką jej przypisał dramaturg. Dla gospodarza Opolnego bunkier na jego polu oznacza wrogość. Nowi przybysze: historyk i jego żona - technik, para współczesnych polskich quidamów - przy czym zestaw zawodów tego małżeństwa też jest znamienny, każe bowiem zwrócić uwagę na fakt, iż wyczulenie inteligencji na symboliczną wymowę rekwizytów potoczności jest nierównie większe niż u przedstawicieli innych warstw. Zbrojni w siłę historii i w wiedzę o niej, związani zarazem z techniczną oprawą życia, oswoili bunkier, uczynili zeń rdzeń swojego domu. W tym momencie metaforyczna nośność sytuacji sięga szczytu.
Równie symboliczny, uogólniający charakter ma muzyczna oprawa słuchowiska, cztery arcypolskie tańce, wkomponowane w patriotyczno-refleksyjną przypowieść. Nawiązują one zapewne świadomie do generalizującej funkcji tanecznego korowodu w tradycjach polskiej literatury obywatelskiej od „Pana Tadeusza” poprzez „Wesele”, „Popiół i diament, aż po śpiewogry Brylla i po oderwane, co prawda, od polskiego konkretu, uniwersalne raczej w sztafażu, ale chyba z polskich inspiracji jednak wyrosłe „Tango” Mrożka.
W „Małej suicie polskiej” aprioryczna, uogólniająca sytuacja ukazała całą swoją dynamikę i sprężystość w zderzeniu z konkretem zadawnionych rodzimych kompleksów, przeświadczeń i urojeń. Ukazała nadto, iż metoda rozwijania jakiejś akcji i jakiejś treści w oprawie kreowanych modeli sytuacyjnych nie oznacza bynajmniej odchodzenia od zawiłych realiów naszego czasu, zdolna jest natomiast wysoko je uogólniać, ponad wymiar poszczególnych fenomenów, które utrwala obserwacja.

Miesięcznik Literacki 1974/11

....................................................................................................................................................................................

 

 

 

 

 

 

 

© 2013 Henryk Bardijewski. All rights reserved. 

 

.