SZTUKA NIE TYLKO RADIOWA

Andrzej StaniszewskiUważa się Pan za klasyka sztuki radiowej?
Henryk Bardijewski: Nie uważam się za takiego, ale wielokrotnie spotykałem się z taką opinią. Po prostu jestem jednym z członków założycieli tak zwanej polskiej szkoły słuchowiska radiowego, do których zaliczam znakomitych autorów m.in. Ireneusza Iredyńskiego, Jerzego Krzysztonia, Zbigniewa Herberta,
Janusza Krasińskiego, Stanisława Grochowiaka.

A.S. Czy w dzisiejszych czasach nie jest anachronizmem kameralność przekazu radiowego, a słuchowiska w szczególności?
H.B.  Twierdzę od wielu lat, że słuchowisko jest sztuką elitarną. Wygląda to na paradoks. Słuchowisko bowiem zrodziło się w bardzo masowym środku przekazu - radia słuchamy  codziennie - ale jest  przecież adresowane do ludzi o określonych predyspozycjach, którzy potrafią się skupić. Sztuka radiowa jest w swojej naturze wyciszona, intymna, w przeciwieństwie do agresji obrazu filmowego czy telewizyjnego.

A.S. Czy słuchowisko przetrzyma tę próbę?
H.B. Polskie słuchowisko ma tradycje literackie. Są to na ogół utwory zbudowane na pewnej konstrukcji
z uzasadnioną i umotywowaną myślą przewodnią. Dlatego z takim powodzeniem  sprawdzają się w odbiorze
w odbiorze czytelniczym, nie tylko w eterze.

A.S.  Na sukces radiowy składa się wiele elementów.
H.B. Współpracując z radiem spotkałem się z najlepszymi aktorami. Jest to wielka satysfakcja dla autora słyszeć własny tekst w ich wykonaniu. Moje słuchowiska ciągle wracają na antenę i doczekały się wielu przekładów. Słuchowisku jestem  wierny do dzisiaj. Uważam je za formę wdzięczną i dla autora ze względu
na jej otwartość, i dla słuchacza, a to z racji odbioru radiowego przekazu. Wytwarza się intymny stosunek między autorem, aktorem i słuchaczem. Słuchowisko sprzyja rozwijaniu wrażliwości, fantazji, wyobraźni,
a są to szalenie ważne cechy współczesnego człowieka .

A.S. Teksty Pana słuchowisk ukazują się również w formie książkowej.
H.B. W roku 1975.Wydawnictwa Radia i Telewizji rozpoczęły publikację cyklu „Teatr wyobraźni”, zawierającego wybory oryginalnych tekstów scenariuszy najwybitniejszych twórców tego gatunku.
Serię rozpoczął mój wybór zatytułowany „Siła przyciągania”. Po latach testy moich słuchowisk złożyły się
na następną książkę zatytułowaną „Pangea. Małe dramaty”.

A.S. W pańskim domu nie brakuje ani teoretyków, ani praktyków teatru wyobraźni.
H.B. Rzeczywiście. Żona, Sława, jest pierwszym czytelnikiem moich wszystkich tekstów. Ma w swoim dorobku takie pozycje, jak „Muza bez legendy. Szkice o dramaturgii radiowej”, czy „Własna przestrzeń. Szkice o polskiej dramaturgii współczesnej”. Pisze również moja córka Liliana, bułgarystka z wykształcenia. Ostatnio otrzymała prestiżową nagrodę w konkursie na sztukę teatralną.

A.S. Czym dla Pana jest literatura ?
H.B. Traktuję literaturę jako formę poznania, a do tego służą różne formy literackie: groteska, metafora, również humor. Nigdy nie traktowałem aluzji czy metafory jako środka, który miałby przechytrzyć cenzurę. Uważam je bowiem za bardzo ważne środki wyrazu współczesnej literatury, zarówno dramaturgii, jak i prozy. Odbiorca tego typu musi mieć szerokie pole do własnej inwencji i interpretacji. Musi kończyć to dzieło,
które przyszło mu oglądać. Dużo zależy od kultury słuchacza, jego wrażliwości i wyobraźni.

A.S. Pojawiają się tezy, że literatura współczesna przeżywa kryzys.
H.B. Mnie się wydaje, że kryzys przeżywa publiczność, zarówno literacka, jak i teatralna. Dzieje się tak dlatego, że ośrodki władzy nie przykładają należytej uwagi do rozwoju kultury. Podobną krytykę można odnieść do mass mediów. Nastąpiła ogromna degradacja wartości humanistycznych. To, czym nas teraz karmi kino, telewizja, to raczej subkultura. Znaczna część rynku wydawniczego są to produkty niegodne popularyzacji, obliczone na najmniej wyrobionego odbiorcę . Najoczywistszym błędem jest absolutne poddanie się prawom wolnego rynku.

A.S. Dlaczego literatura po1989 roku nie podejmuje wielkich doraźnych problemów społecznych
i politycznych, które nami targają, nie próbuje nawet dokonać ich diagnozy?

H.B.  To, że się tak rzeczywiście dzieje wynika z faktu, który określiłbym mianem „zdrady literatury.” Przestała ona bowiem służyć doraźnym propagandowym celom, już nie jest doboszem wybijającym rytm codzienności. Rozwój wszelkich form publicystycznych, wręcz zalew rynku księgarskiego przez wspomnienia, eseje, felietony wyręczył po części tradycyjną formę literatury. Publicystyka jest szybsza, prostsza w diagnozach, nie ma czasu na pogłębioną refleksję, podobnie jak ludzie, którzy coraz rzadziej sięgają po tego typu lekturę. Ale nie sądzę, żeby umarła literatura piękna. Pisanie jest jak narkotyk.

Gazeta Olsztyńska  21 III 1994
...............................................................................................................................................................................................................................




ADELA   I  ALBERT
Czyli „Sceny domowe”
Rozmowa z autorem -  Henrykiem Bardijewskim

Ewa Kapuścińska:  W przeciwieństwie do anteny radiowej utwory Pana dosyć rzadko trafiają na antenę telewizyjną.
Henryk Bardijewski:  Kilka sztuk telewizja prezentowała - m.in. „Zacznijcie się śmiać”,
„Stan wyjątkowy”, „Mirakle”, „Milczeć pogodnie”, „Obszar swobody”. Te dwie ostatnie sztuki zostały ostatnio przypomniane przez Telewizję Łódzką.

E.K. Ale serial, do tego komediowy, to coś zupełnie nowego.
H.B.  Złożyło się a to kila szczęśliwych pomysłów i zbiegów okoliczności. Najłatwiej było z zamysłem literackim: motyw domu, miejsca, w którym człowiek stosunkowo najczęściej objawia się w swojej autentyczności, pociągał mnie od dawna. To w dekoracjach domu rozgrywamy większość naszych codziennych spraw, tu przeżywamy nasze małe i duże dramaty, sielanki, komedie i farsy, które składają się na życie. W domu snujemy plany, marzymy i przeżywamy gorycz niepowodzeń i porażek. W domu rośniemy, a dom rośnie z nami. Z parą bohaterów nosiłem się od dawna. Należało spotkać się z odpowiednim reżyserem.

E.K.   Andrzej Zakrzewski reżyserował wiele Pana  słuchowisk, w tym także serial słuchowiskowy według Pana powieści „Wiek świateł”.
H.B.   Mamy, jak sądzę, zbliżone gusty, poczucie humoru i pokrewne widzenie literatury i teatru. W moich „Scenach domowych”, których pierwotny tytuł brzmiał „Teatr prywatny w 25 aktach”, dostrzegł materiał na serial telewizyjny. Podejrzewam, że szczególnie spodobali się Panu Andrzejowi „wymyśleni” przeze mnie aktorzy. I to był zapewne najszczęśliwszy mój pomysł, zrodzony nawiasem mówiąc w domu, przy rodzinnym stole. Barbara Krafftówna i Wiesław Michnikowski są największym atutem tego serialu i bardzo się ucieszyłem, kiedy przyjęli, zaakceptowali i po swojemu rozwinęli role Adeli i Alberta.

E.K.   Ale obok tej znakomitej pary występują w serialu inne gwiazdy...
H.B.    Każdy 20-minutowy odcinek został pomyślany jako osobna całość, w której zawsze biorą udział trzy osoby: obok pary protagonistów pojawia się trzecia postać, za każdym razem inna. W ten sposób w prywatny świat Adeli i Alberta wdziera się nasza współczesność ze swoimi małymi i dużymi sprawami. W tych siłą rzeczy epizodycznych rolach zgodzili się wystąpić wybitni aktorzy  -  m.in. Piotr Fronczewski,
Krzysztof Kowalewski, Bożena Dykiel, Kazimierz Kaczor i wielu, wielu innych Nawiasem mówiąc ten krótki 20-minutowy metraż to dla mnie nieco nostalgiczny powrót do mojej literackiej młodości, kiedy pisałem wiele mini cenek i monologów dla kabaretu.

E.K.  Czy i tu spotkamy się z podobnym widzeniem świata?
H.B.  Dzisiaj bliższa mi jest ironia, siostra jak wiadomo czułości. Stąd pewnie raczej uśmiech niż śmiech będą wywoływać moi bohaterowie. Adela, osoba impulsywna i dynamiczna, zafascynowana swoim komputerem, ale i kartami, z których przepowiada przyszłość. I Albert, pozornie naiwny i zagubiony, w gruncie rzeczy mądry, pełen ciepła i serdeczności. Życzliwość i poczucie humoru to ich broń, jak się okaże, zupełnie skuteczna. Łączy ich sympatia, przyjaźń, może połączy miłość, lecz bojąc się utracić swojej niezależności pewnie nie zdecydują się na małżeństwo i poprzestaną na pełnej obustronnej kokieterii grze. Mam nadzieję, że widzowie ich polubią, tak jak polubił ich zespół realizacyjny.

E.K.  A jeśli chodzi o przyszłość...
H.B.  Komedia ma u nas ciężkie życie, zwłaszcza w teatrze. Czy będzie miała lepsze w telewizji - nie wiem.
W dużej mierze zależy to od widzów. Mnie się zdaje, że w tym tragicznym świecie komedia, śmiech i uśmiech pozwalają nam zachować jakąś wewnętrzną równowagę. A zatem komedia ma przyszłość i to wielką, niemal kosmiczną, bo jak powiada Adela - kosmos jest wszędzie, w jej mieszkaniu także. 
  

Antena, wrzesień  1994

........................................................................................................................................................................

© 2013 Henryk Bardijewski. All rights reserved.