WIERZĘ  W  TALENT  CZYTELNIKA  
Henryk Bardijewski, laureat Nagrody Norwida.

Janusz R.Kowalczyk:  Tom opowiadań „Dzikie anioły” przyniósł panu nominację do nagrody Norwida, mistrza aforystycznej zwięzłości i ironii. Co w jego dziele jest panu szczególnie bliskie?
Henryk Bardijewski:   Zawsze podziwiałem  wspaniałą Norwidowską zwięzłość. Urzeka mnie jego język - niełatwy, niedzisiejszy, a tak celny i treściwy. Od pisarskich początków jestem związany z radiem, a sztuka radiowa nie znosi gadulstwa.  Wśród prawie stu słuchowisk, które napisałem, jest  „Fatum”, jedyne moje słuchowisko związane z konkretną, historyczną postacią – o losach Norwida.

J.R.K. W opowiadaniach, słuchowiskach i dramatach trafnie opisuje pan naszą rzeczywistość, jakkolwiek unika odniesień do aktualnych wydarzeń politycznych. Dlaczego?
H.B. Nigdy nie uciekniemy od rzeczywistości i to chyba dobrze, lecz zbyt silna dominacja polityki jest niebezpieczna dla kultury, a jej degradacja pociąga za sobą także upadek kultury politycznej. Na szczęście życie ma wiele głębszych aspektów. W moim pisaniu staram się do nich dotrzeć. Sądzę, że więcej tajemnic kryje w sobie los człowieka niż jego psychologia, chociaż warunkują się nawzajem. Moi bohaterowie są zawieszeni między tym, co realne, a tym, co możliwe. Projektowanie wciąż nowych rzeczywistości jest ich trudno osiągalnym celem i przeznaczeniem. 

J.R.K.  Czy pana upodobanie do krótkich form  nie obraca się przeciw panu?
H.B. W dzisiejszym zabieganym świecie krótka forma - w opowiadaniu, w dramacie, nawet w powieści - lepiej sprawdza się w obiegu czytelniczym i audialnym. Większość moich słuchowisk to utwory czterdziestominutowe. Pisanie dla radia to tworzenie obszaru wyobraźni, dla której najwłaściwszym narzędziem jest słowo. Słowo, które nie dopowiada, lecz sugeruje, inspiruje i pobudza. Z czasem doświadczenie wyniesione z dramaturgii radiowej starałem się wykorzystać w teatrze, w sztukach pełnospektaklowych.
Grały je teatry w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Gdańsku, w Łodzi. Niektóre z moich komedii trafiają na sceny studenckie i offowe, co mnie bardzo cieszy.

J.R.H.  Z pana tekstów przebija gorzki humor, ironia,  które wynikają z głębokiego przemyślenia doświadczeń ludzkiego losu. Czym jest dla pana humor?
H.B.  Już dawno zauważono, że świat jest zabawny we fragmentach, lecz w całości smutny. Humor to dla mnie ważna kategoria poznawcza. Tragizm świata pozbawionego humoru byłby trudny do zniesienia. Może dlatego moje sztuki i słuchowiska to najczęściej komedie. Grane w Teatrze Polskim w Warszawie „Mirakle” w reżyserii  Jerzego Rakowieckiego ze znakomitą kreacją Andrzeja Szczepkowskiego to próba komedii wysokiej, z echami komedii Norwida. Własnego języka szukałem w komedii „Jesteś mój”, granej w Teatrze Kameralnym w Warszawie, w reżyserii Andrzeja Łapickiego, ze świetnym Ignacym Gogolewskim w głównej roli ,
i w „Guwernantkach”, które obeszły kilka scen, a miały także udaną wersję radiową. Lecz komedie, rzecz jasna, to nie tylko śmiech. Często spoglądam w stronę Fredry i stale mam w pamięci tych czterech, co za drzwiami czekają na Papkina.

J.R.K. Podziwiając pana talent kreacyjny, zastanawiam się, jak daleko wolno posunąć się autorowi
w przekształcaniu rzeczywistości?

H.B.  W moich utworach są różne ingrediencje: humor, satyra, ironia, sarkazm, ale i czułość. Mam dla moich bohaterów wiele sympatii - i współczucia. Zachowuję wobec nich czuły dystans. Czy  są prawdziwi? Może. Prawdziwy ma być przede wszystkim odbiorca: czytelnik, słuchacz, widz. Literatura powinna ich zapraszać
i zachęcać do współtworzenia i aktywności. Bierność to siostra  zastoju. Wciąż za dużo ufności pokładamy
w sile rzeczy, a za mało w sile myśli, woli, projektu i planu. Za mało też ufamy kulturze i jej sile sprawczej
w kreowaniu świata. Bliskie mi jest zapomniane dziś słowo - humanizm. Literatura ze zmiennym szczęściem toczy swój spór ze światem. Ja staram się kondensować rzeczywistość w grotesce, w syntetycznym przemieszaniu świata realnego ze światem możliwym, chciałbym łączyć poetycką przypowieść z ostrym widzeniem życia. Ufam, że niekiedy mi się to udaje. Ale talent musi mieć nie tylko twórca, ale i odbiorca sztuki. Talent i wyobraźnię.  Wyobraźnia w literaturze, sztuce, a pewnie i w życiu jest kluczową sprawą.
Ludzie bez niej są w jakiś sposób ułomni.

J.R.K. Pana bohater to wnikliwy obserwator. Narrator - człowiek niezależny - stoi z boku, zadaje niewygodne pytania i na ogół nic go nie dziwi. Czy to pana alter ego?
H.B.  Należę do autorów ukrytych za tekstem i bohaterami. Inaczej pewnie pisałbym wiersze, poeci są wylewniejsi. Staram się, aby moi bohaterowie mieli różne punkty widzenia. To ludzie, nierzadko śmieszni
i bezradni, stale poszukujący swojej prawdy. Często są to racjonaliści, którym nie sprawdził się racjonalizm,
i idealiści, którzy nie mogą znaleźć idei doskonałej. Mają poczucie, że tkwią w pewnych układach wbrew własnej woli, że różnią się nie tym, czym warto się różnić, biorą udział w grze, w której są nikłe szanse na wygraną. Na szczęście ratuje ich - i ich autora także - humor, a w humorze to jest wspaniałe, że wszystkie jego naukowe i mniej naukowe definicje są śmieszne. Tak są wobec jego bogactwa bezradne i niepełne.

J.R.K.  Ma pan następców?
H.B.  Za swoich mistrzów uważam Czechowa, Gireaudoux,  Shawa. Z polskich pisarzy bliscy mi są Szaniawski, ale również  Konopnicka, zapomniana autorka świetnych nowel.  Skupiam się na tym, co obecnie robię.
U wydawcy leży nowy tom opowiadań „Blisko, za blisko”. Pracuję nad większą prozą i nadal piszę słuchowiska. Niekiedy piszę rzeczy dla dzieci, co sprawia mi sporo satysfakcji. I staram się zachować pogodę ducha. Niestety, dzisiaj zbyt często śmieszy mnie to, co jednocześnie martwi.

Rzeczpospolita  2 X 2007

 

..........................................................................................................................................................

© 2013 Henryk Bardijewski. All rights reserved.