METAFIZYKA  PIENIĄDZA

Dorota Wyżyńska:  Pana sztuka traktuje o trudnościach w przystosowaniu się do nowych czasów,
w których rządzi pieniądz. A jak Pan się czuje w nowych czasach ?

Henryk Bardijewski:   Diderot powiedział kiedyś, że gdyby nie rząd i Kościół, nie byłoby o czym pisać.
Na szczęście od tamtego czasu obszary ludzkiego działania tak się powiększyły, że tematów nie brakuje. Zapanował nad nami pieniądz. Obserwuję tę rosnącą dominację pieniądza i to, co się z nami pod jego wpływem dzieje. Jest to proces szalenie ciekawy, ale myślę niebezpieczny. To zagrożenie dla naszej swobody.

D.W.  Popularne jest dziś powiedzenie: „Tyle jesteśmy warci, ile mamy na koncie...”
H.B.   No właśnie, pieniądz, wolny rynek. Jest to na dłuższą metę zagrożenie także dla kultury. Spróbowałem tu pokazać coś w rodzaju metafizyki pieniądza. Nastał czas, że granica między towarem, a nabywcą staje się coraz bardziej mglista. Dzisiaj jedną z najważniejszych form stosunków między ludźmi jest transakcja. Prowadzimy konsumpcyjny tryb życia, który sprowadza się do „sprzedać, kupić”. Moja sztuka jest pewną przestrogą.

D.W.  Tę przestrogę ujął Pan w formę komedii.
H.B.  Doprowadzam do absurdu pewne sytuacje realne. Świat baśniowy przenika się ze światem realistycznym. Staram się bawić, ale też zapraszam do refleksji. Sztuka zawiera w sobie odrobinę nadziei.

D.W. A jak w nowej rzeczywistości odnajduje się teatr?
H.B.  Przez  wiele lat polscy autorzy mieli utrudnioną drogę na scenę z powodu cenzury. Dzisiaj już nie ma cenzury, lecz w teatrach wcale nie ma więcej sztuk współczesnych. Dyrektorzy niechętnie po nie sięgają.

D.W.  A reżyserzy narzekają, że to dramaturdzy za mało piszą.
H.B. Teatr czuje się rozgrzeszony, bo można w każdej chwili powiedzieć - na realizację polskich sztuk nie ma pieniędzy! W tej sytuacji nie mam nic przeciwko sponsorom, Bogu dzięki, że się tacy znajdują.

D.W.  Wszelkie ankiety, sondaże wykazują, że dziś publiczność chodzi do teatru na aktorów.
Teatry wychodząc naprzeciw widzom, na afiszu dużymi literami umieszczają nazwisko aktora, zaś małymi tytuł sztuki i jej autora.

H.B.  Publiczność kocha aktorów. Byłbym bardziej zaniepokojony, gdyby na afiszu było tylko nazwisko reżysera i nic więcej.

D.W.  Nie będzie to Pana pierwsza premiera w Teatrze Polskim?
H.B.   Mam sentyment do tego teatru, poza Teatrem Nowym, gdzie za czasów dyrekcji
Mariusza Dmochowskiego wystawiono dwie moje sztuki. Teatr Polski najwcześniej zainteresował się tym,
co piszę.
W 1969 roku Joanna Koenig  reżyserowała moje „Jezioro” - sztukę ekologiczną, którą napisałem w czasach, kiedy ekologia nie była jeszcze taka znana i ważna. Natomiast w 1985 roku za dyrekcji Kazimierza Dejmka Teatr Polski wystawił na dużej scenie sztukę „Skąd nadejdą święci, czyli mirakle” w reż.
Jerzego Rakowieckiego. Z Andrzejem Łapickim współpracowałem od dawna. Reżyserował wiele moich słuchowisk w radiu i czytał na antenie moją powieść „Aplauz”. Ucieszyłem się, że zainteresowała go moja najnowsza sztuka. Zapewnił jej doskonałą obsadę z Ignacym Gogolewskim w roli wiodącej.

D.W.  Wielu dramaturgów bardzo pilnuje swoich sztuk.. Nie pozwala na ich dowolną inscenizację, uczestniczy w próbach.
H.B.  Staram się wcześniej, przed rozpoczęciem prób, dokładnie wszystko omówić z reżyserem. Jemu zostawiam inicjatywę. Jeżeli chce korzystać z mojej obecności, jestem do dyspozycji.

Gazeta Wyborcza, 16.10.1998


..............................................................................................................................................................

© 2013 Henryk Bardijewski. All rights reserved.